Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kasza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kasza. Pokaż wszystkie posty

06 września 2012

55. Wednesday / Premium Rosa

 kasza manna na mleku sojowym z nektarynką  i konfiturą z płatków róży, kawa z mlekiem
semolina with soya milk with nectarine and rose jam, coffee with milk

Od dnia do dnia, od spaceru do spaceru. Od roztargnionego spojrzenia znad książki do niedbałego kreślenia ołówkiem szkiców na przypadkowej kartce papieru. Żyję, obserwując nadchodzącą jesień. Wczoraj przywitał mnie deszcz i dobrze znana szarówka. Poczułam, że zamiast zimnej wody z cytryną wolę napić się gorącej herbaty, a okno w pokoju nie powinno być już cały czas otwarte. Jesień nie skrywa się między wierszami - ona pojawia się z całą swoją siłą. Ukazuje coś nieuchwytnego - coś, co ciężko polubić, w czym jednak znaleźć można plusy. Dżdżyste popołudnia, zimne poranki, ten cudowny smak cynamonu i gorącej kawy. Miodu, jabłek i dyni, a finalnie narastającego nastroju przygotowań do zimy. Natura, cykl. Czasem nie trzeba więcej.

Wczoraj odebrałam od znajomej moją paczkę od Premium Rosa. Co znalazłam? Idealny zestaw jesienno-zimowy. Konfiturę z płatków róży, syrop truskawkowy i malinowy, a także słoiczek lutenicy. Chyba mam kilka pomysłów...

04 września 2012

53. Tuesday / o personie faktów kilka

kasza kukurydziana z mlekiem, miodem, jagodami goji, gruszką i imbirem, kawa z mlekiem
polenta with milk, honey, goji berries, pear and ginger, coffee with milk

Czyli tak, wróciłam. Szybki apel, szybkie rozejście. Powolny powrót do domu w dobrym towarzystwie.
Plan lekcji? Okropny. Poniedziałek mogę pospać godzinę dłużej (czytaj: odrabiać lekcje), po 15 kończę tylko raz (dzięki temu, że nie chodzę na religię), ALE: mogło być gorzej. Strachem napełniają mnie dwie geografie i dwie biologie tygodniowo, czyli przedmioty, których w liceum zaczęłam unikać jak ognia, w dużej mierze dzięki nauczycielom. Bywa i tak. Fakt faktem, naprawdę nie mogę aż tak narzekać - na lekcji kolejny rok będę mieć miłe towarzystwo, a póki co nawet pogoda dopisuje. Tak naprawdę, czasem lubię wciągnąć się w wir obowiązków, uczenia, pisania prac i odrabiania na szybko zadań domowych. Lubię nie mieć czasu na bezczynne siedzenie, myślenie o niczym, czasem wolę po prostu pracować tylko po to, by późnym wieczorem zaparzyć filiżankę kawy, zająć się czymś, co lubię, i pozwolić sobie na relaks z pewną dumną myślą "zrobiłaś już wszystko na dziś". Czasem jest we mnie coś z pracoholika, i co jakiś czas, a nawet często, zwyczajnie za tym przepadam.

Do tagowej zabawy nominowały mnie wczoraj Kulinarna Ja, Ślinka Cieknie, ann i Deedee. Bardzo Wam dziękuję, jest mi niezmiernie miło, że podoba Wam się ten blog. Staram się, by był jak najlepszy. A żeby nie zapomnieć o tagu, kilka faktów (znowu).
1. Jestem zmarzlakiem.
2. Chudzielec ze mnie, choć w dzieciństwie było trochę inaczej.
3. Od trzech lat nie obchodzi się u mnie Wielkanocy.
4. Uwielbiam robić ludziom prezenty. Szczęście na twarzach bliskich sprawia, że sama się cieszę.
5. Kiedy byłam mała i mieszkałam na wsi, kochałam biegać po polach ze swoim psem...
6. ...zakopywałam też martwe zwierzątka i stawiałam krzyże nad ich "grobami", rzewnie je opłakując.
7. Mam chorwackie korzenie, ale 1/3 mojej rodziny mieszka w Kanadzie.

Nikogo już nie taguję, bo to zrobiłam, a reszta nieotagowanych osób już wzięła udział w zabawie. Poza tym, w każdym z Waszych blogów jest coś, co mi się podoba, w każdym jest coś specyficznego. To byłoby zbyt trudne, znowu wybierać.

27 sierpnia 2012

45. Monday / fotorelacja z ALTSTADTFEST

deser owsiany z quinoa, lnem, jagodami goji, borówkami i jabłkiem, cappuccino Toblerone
oat dessert with quinoa, flax, goji berries, blueberries and apple, Toblerone cappuccino


Powrót do komosy ryżowej - ta kasza zdecydowanie jest tego warta. Podobnie z jagodami goji, na które mam już pewien pomysł, jeśli chodzi o wypieki. Myślę, że uda mi się go zrealizować jeszcze w tym miesiącu. Jeśli zaś interesuje Was rola lnu złocistego, warto wiedzieć, że zawiera on nie tylko sporą ilość błonnika, ale i dobroczynne kwasy omega. Z retrospekcji zwierzę Wam się, że przez rok, czyli od czasu, kiedy zaczęłam stosować len w swojej kuchni, stan moich włosów i paznokci (które niestety zawsze były bardzo łamliwe) uległ niesamowitej poprawie. Polecam!
Po śniadaniu zostało mi zdjęcie, tymczasem czas na fotorelację!
Dziwnym zbiegiem okoliczności, Święto Bolesławca i Altstadtfest/Jakuby wypadły dokładnie w te same dni. Cicha konkurencja? Możliwe. Niemniej, tym samym była to dobra okazja do zestawienia tych dwóch festiwali. Wydaje mi się jednak, iż nie można ich ze sobą porównywać. O ile Bolesławiec prezentuje swoją artystyczną stronę, tak Gorlitz i Zgorzelec wspólnie przeprowadzają rekonstrukcję czasów średniowiecznych. dawno też przekonałam się już, jak niemieckie festyny różnią się od polskich. Panuje tam zdecydowanie większy spokój, wszechobecna jest pompa i chęć zadziwienia ludzi. Organizowane z rozmachem przedstawienia, uliczne koncerty, setki budek z oryginalnymi rekwizytami lub regionalnymi przysmakami? Witamy!

Jeśli zaś spojrzymy na święto od strony kuchni, od strony polskiej czeka na nas zdecydowanie mniejsza różnorodność. Kierując się tym, co widzimy na straganach, Polacy postawili na wszelkiego rodzaju grillowane mięsiwo - spodobało mi się jednak przełamanie tej monotonii chlebkami a'la pita pieczonymi na żelaznych płytach nad ogniem. Niemcy za to postawili na wszelkiego rodzaju pieczywo: czosnkowe chlebki, pszenne, a także razowe "ciasta" z dodatkiem przeróżnych serów, mięs, pestek, orzechów (!) ryb, sosów i warzyw, które przywodziły mi na myśl kuchnię grecką. Prawdziwą furrorę robiły też naleśniki, owocowe drinki, tradycyjne niemieckie żelki, a także banany, jabłka, truskawki i inne owoce skąpane w przeróżnych gatunkach czekolady.

W czasie festynu natrafiłam też przypadkiem na całkiem dobry niemiecki kabaret. Nie jestem pionierem, jeśli chodzi o język niemiecki, jednak na moje szczęście po czasie na scenę została wciągnięta anglojęzyczna turystka, na której potrzebę przestawiono się sprawnie na jej ojczysty język. Zawsze podobało mi się, że bez problemu można się tu porozumieć w tym języku (gdyby nie to, pewnie wciąż nie byłabym w stanie załatwić czegokolwiek bez tłumacza).

Po kręceniu się pomiędzy ulicznymi koncertami, wielkim wesołym miasteczkiem i setkami straganów, postanowiliśmy zrelaksować się nad Nysą. Współczułam tylko tym biednym rycerzom czekającym na popołudniową paradę - w takim upale na pewno nie było im do śmiechu. Chociaż... zawsze mogli liczyć na towarzystwo pięknych kompanek. Ewentualnie hektolitry piwa.

Kiedy wracam myślami do tego święta, wiem, że za rok znów się na nie wybiorę. Lubię ten niezwykły klimat, dzięki któremu wracają moje wspomnienia z dzieciństwa - mała dziewczynka zachwycająca się wszystkim dookoła, bo przecież jest w Niemczech, tu jest tak inaczej. Inaczej, nie inaczej... Czy to ważne? Jest przyjemnie - i to jest priorytet.