spangebob omelette with cottage cheese and raspberries, coffee with milk
Przepraszam, przepraszam, przepraszam, po stokroć przepraszam - nie ma lepszego sposobu na pozbawienie tego słowa całej jego magii. Możesz na mnie polegać i współczujące kiwanie głową, tygodnie milczenia przeplatane aktorską żałością.
Matematyka uczuć, rozrachunek osobowości? Nigdy nie chciałam być matematykiem, nigdy nie chciałam wyliczać. Kłótnie? Niepotrzebne. Szanuję siebie. Dziecinne fochy, pokrzywione buźki? Kawę, proszę. Dla ciebie też zamówię, pomilczmy.
W życiu naprawdę nie potrzeba pretensji. Tak się bowiem stało, że odkryłam w sobie nowy pokład dziwnego, kojącego spokoju. Paradoksalnie podsycanego kawą, wystawianego na próbę nieudanymi przyjaźniami, bezwstydnie rosnącego w siłę podczas pisania. Mała-duża moc, zdolność przymknięcia oka i zachowania dystansu. Świat, ja? Ja tu tylko żyję, ja tu tylko sobie dreptam. A swego czasu w reakcji na frustrację nauczyłam się uśmiechać.
Abstrahując od prywatnych wynurzeń, zamieszczam dziś przepis na omlet. Mój ulubiony, i pierwszy, jaki zaczął wychodzić dokładnie tak, jak bym tego sobie życzyła. Oj, kiedyś... mistrzynią omletów to ja nigdy nie byłam.
- 2 jaja
- 2 łyżki mąki razowej
- 1 łyżka mleka
- szczypta sody i soli
- 1 łyżeczka ksylitolu/stevii
*mój dodatek: ziarenka z laski wanilii (polecam!)
Oddzielamy białka od żółtek. Białka ubijamy z solą na sztywną pianę. Żółtka mieszamy z mlekiem, sodą, ksylitolem, ziarenkami wanilii i mąką razową na gładką masę. Następnie łyżką nakładamy porcjami białko łącząc je ostrożnie z zawartością drugiej miseczki. Omlet smażymy na rozgrzanej patelni ceramicznej lub teflonowej bez lub z niewielką ilością tłuszczu.
Matematyka uczuć, rozrachunek osobowości? Nigdy nie chciałam być matematykiem, nigdy nie chciałam wyliczać. Kłótnie? Niepotrzebne. Szanuję siebie. Dziecinne fochy, pokrzywione buźki? Kawę, proszę. Dla ciebie też zamówię, pomilczmy.
W życiu naprawdę nie potrzeba pretensji. Tak się bowiem stało, że odkryłam w sobie nowy pokład dziwnego, kojącego spokoju. Paradoksalnie podsycanego kawą, wystawianego na próbę nieudanymi przyjaźniami, bezwstydnie rosnącego w siłę podczas pisania. Mała-duża moc, zdolność przymknięcia oka i zachowania dystansu. Świat, ja? Ja tu tylko żyję, ja tu tylko sobie dreptam. A swego czasu w reakcji na frustrację nauczyłam się uśmiechać.
Abstrahując od prywatnych wynurzeń, zamieszczam dziś przepis na omlet. Mój ulubiony, i pierwszy, jaki zaczął wychodzić dokładnie tak, jak bym tego sobie życzyła. Oj, kiedyś... mistrzynią omletów to ja nigdy nie byłam.
Przepis /1porcja/
- 2 jaja- 2 łyżki mąki razowej
- 1 łyżka mleka
- szczypta sody i soli
- 1 łyżeczka ksylitolu/stevii
*mój dodatek: ziarenka z laski wanilii (polecam!)
Oddzielamy białka od żółtek. Białka ubijamy z solą na sztywną pianę. Żółtka mieszamy z mlekiem, sodą, ksylitolem, ziarenkami wanilii i mąką razową na gładką masę. Następnie łyżką nakładamy porcjami białko łącząc je ostrożnie z zawartością drugiej miseczki. Omlet smażymy na rozgrzanej patelni ceramicznej lub teflonowej bez lub z niewielką ilością tłuszczu.



